I nie opuścił, aż do śmierci



Patrycja Michońska-Dynek, Sławomir Dynek


Jacek wsunął obrączkę na palec Agaty. "I nie opuszczę Cię aż do śmierci" - wyszeptał. Widział jeszcze, jak na szpitalnym monitorze powoli zanika cienka nitka życia. Po chwili Agata Mróz-Olszewska, jedna z najlepszych polskich siatkarek, umarła.

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Spotkali się w górach, w Szczyrku. Oboje byli wysocy, wysportowani. Oboje uśmiechnięci, lubiący życie, szczęśliwi. Młodzi. On - Jacek Olszewski. Ona - Agata Mróz, "polskie złotko", niemalże dobro narodowe, dziewczyna, która w siatkówce osiągnęła prawie wszystko. Agata i Jacek wierzyli w przyszłość, planowali ją. Świat stał przed nimi otworem

Na dobre...

Jak silna może być miłość? Ile może wytrwać? Co przezwyciężyć? Ile może dać szczęścia... Agata i Jacek bardzo się kochali. Poznali się w lutym 2006 roku. Rok później byli już małżeństwem.
Ale na ich drodze do szczęścia stała choroba. Agata od wielu lat zmagała się z mielodysplazją szpiku (MDS), która może być wstępem do ostrej białaczki. Chorowała od 17. roku życia. Nie ukrywała tego przed Jackiem. Ich ślub był w pełni świadomy. Zdawali sobie sprawę z zagrożenia chorobą. Wiedzieli, że prędzej czy później Agacie potrzebny będzie przeszczep szpiku, wiedzieli też, że terapia może się nie udać. Lecz byli silni i pełni wiary. "Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, czy wziąć ślub. Przy ołtarzu przysięga się na dobre i na złe. A choroba Agaty wzmocniła nas, zbliżyła do siebie. Staliśmy się jednością" - wspomina Jacek.
I korzystali z życia. Pomimo choroby starali się żyć normalnie. Spotykali się z rodziną i znajomymi, chodzili do restauracji, Agata grała w siatkówkę. Jedne z najpiękniejszych chwil spędzili dwa lata temu w Chorwacji. Wreszcie byli sami dla siebie. W Polsce Agata była osobą publiczną, znali ją prawie wszyscy. Popularność, chociaż miła, czasami jest uciążliwa. W Chorwacji mogli odpocząć od fanów i dziennikarzy, prawie nie odbierali telefonów.

...i na złe

Aż przyszedł dzień, który chcieli odsunąć jak najdalej. Lekarze postawili niekorzystną diagnozę. Trzeba robić przeszczep szpiku - nie wolno dłużej czekać. Ale tak się złożyło, że nawrót choroby nastąpił w momencie, gdy Agata zaszła w ciążę. Dowiedzieli się o tym cztery dni przed wyznaczeniem terminu przeszczepu. A dziecko pokochali, zanim się narodziło.
W normalnej sytuacji, wiadomość o ciąży to pełnia szczęścia, rodzinne spełnienie. A tutaj lekarze zalecają chemioterapię, jak ją określają w szpitalnym żargonie - "megachemię", by przygotować organizm do przeszczepu. Jeden z lekarzy powiedział wprost: "Powinna pani usunąć ciążę". Medycyna i prawo na to zezwalały. Agata płakała. Zastanawiali się, co robić. Razem postanowili, że ich dziecko się urodzi. Odsunęli "chemię" i leczenie na kilka miesięcy. Ryzykowali życie Agaty, ratowali dziecko.

Nasze złotko

Agatę Mróz lubili wszyscy. Za talent, waleczność i piękno gry uwielbiali ją kibice siatkówki. Zresztą nie tylko kibice. Dzięki zwycięstwom "złotej drużyny" i medalom przywożonym do Polski ją i jej koleżanki z zespołu polubili nawet ci, którzy na co dzień siatkówką się nie interesują. Lubili ją pacjenci, z którymi leżała w szpitalu. Polubił ją też salezjanin Maciej Makuła, kapelan z warszawskiego oddziału hematologii, gdzie leczyła się Agata. "Wchodzę do sali, patrzę, a tam leży kobieta dłuższa od łóżka. Dopiero gdy zerknąłem na kartę pacjenta, zorientowałem się, że to ta słynna siatkarka" - z uśmiechem wspomina ksiądz Makuła.
Dość szybko znaleźli wspólny język. Agata była osobą wierzącą i bardzo rozmowną. Czasami nie chciała puścić księdza Macieja. Rozmawiali, rozmawiali... O życiu, chorobie, przyszłości, o siatkówce. Potem poznał jej męża. Obserwował ich. "Widać było, że się kochają i szanują. Rozmawiali, nawet jak się pokłócili o coś, to po to, by dojść do wspólnego wniosku. Wszystko robili razem. Wiedzieli, że dążą do wspólnego celu" - wspomina ksiądz Maciej. Razem z Jackiem zaczęli robić film dokumentalny o Agacie, o jej walce z chorobą. Ale przede wszystkim miał to być film-apel siatkarki do potencjalnych dawców szpiku, aby przestali bać się oddawać to własne, cudowne lekarstwo innym potrzebującym. Ona już znalazła swojego dawcę. Teraz chciała pomóc kolejnym chorym. Film miał zakończyć się szczęśliwie. Wszyscy wierzyli w silny organizm Agaty.

Mąż, żona i córka

Liliana przyszła na świat przez cesarskie cięcie, dwa miesiące przed terminem. Była zdrowym wcześniakiem. Trafiła do inkubatora. Lekarze przyspieszyli poród, żeby jak najszybciej zająć się Agatą. Najpierw zaordynowali "megachemię", która była wstępem do przeszczepu. I wreszcie pompa zaczęła tłoczyć nowy szpik do żył siatkarki. "Fizycznie była bardzo osłabiona, jednak psychicznie była silna i czuła się fantastycznie" - wspomina ksiądz Maciej.
W szpitalu też dosięgła Agatę popularność. Wszystkie media informowały o jej stanie zdrowia, wiele osób oddało dla niej krew. Jacek śmieje się teraz, że ta krew płynie również w żyłach małej Lilki. Jesteśmy na spacerze pod domem Jacka. W wózku śpi niemowlę. Co jakiś czas się budzi. Jacek troskliwie bierze Lilkę na ręce. "Czasami jest mi ciężko. Patrzę wtedy na Lilkę i jest mi lżej" - mówi.
Jedynie dwa dni spędzili razem w domu, jak normalna rodzina. Agata na własne żądanie wyszła ze szpitala. Wtedy pierwszy raz była blisko z córką. W szpitalu, z obawy o zdrowie Lilki i jej mamy, lekarze musieli je oddzielić.

Walka o życie

Po przeszczepie Jacek był przy Agacie prawie cały czas. Na początku nic nie wskazywało na komplikacje. Nie wiadomo skąd i jak przyszło zakażenie. Najpierw zaatakowało gardło Agaty. Rozmawiali ze sobą, dopóki gardło tak nie nabrzmiało, że potrzebne było wspomaganie oddychania. Przez specjalną rurkę powietrze tłoczono do płuc Agaty. Zaczęła się walka z czasem. Po przeszczepie organizm jest całkowicie bezbronny. Coś, co u zdrowego człowieka może skończyć się kichnięciem, dla chorego po "megachemii" może oznaczać wyrok. Lekarze walczyli o Agatę, o każdą godzinę. Mieli nadzieję, że przeszczepiony szpik zacznie działać i obroni organizm siatkarki. Jacek widział już, że jest źle. "Proszę powiedzieć jakąś dobrą nowinę" - z nadzieją poprosił lekarkę opiekującą się Agatą. "Dobra to ta, że Agata żyje. I walczy. A poza tym nie mogę Panu już niczego dobrego powiedzieć" - usłyszał.
Ostatnie dwa dni życia Agata spędziła w śpiączce farmakologicznej. Wielu lekarzy mówi, że mimo to człowiek słyszy, że mózg odbiera sygnały zewnętrzne. Jacek siedział przy łóżku swojej żony. Rozmawiał z nią, mówił do niej... Ile to trwało? Jacek nie pamięta. Czas wtedy płynął inaczej. Dzień spędzał w szpitalu, na noc wracał do pustego domu.

Film o życiu

Salezjanin Maciej Makuła towarzyszył Agacie i Jackowi przez kilka ostatnich miesięcy ich wspólnego życia. Był dla nich kapłanem, kolegą i dziennikarzem. Kręcił się z kamerą po szpitalnych korytarzach, wchodził tam, gdzie inni nie mieli dostępu. Agata i Jacek ufali mu. Chcieli, by przesłanie chorej siatkarki poszło dalej. Przesłanie o potrzebie oddawania szpiku, o tym, że nie wolno się poddawać, ale i o rodzinie. "Miałam w pewnym momencie dosyć. Zostawię to wszystko, poddaję się. Ale bardzo mobilizowała mnie rodzina i myśl, że mam całe życie przed sobą, że jestem młodą osobą" - mówi Agata na filmie księdza Macieja. I nie ukrywa, że boi się śmierci.
Widać ją uśmiechniętą, pełną nadziei, gładzącą matczynym gestem swój brzuch, w którym rośnie jej córeczka. Z ekranu patrzy miła blondynka, z długimi, spiętymi w kucyk włosami. Gdyby nie świadomość choroby, można by odnieść wrażenie, że to zdjęcia z porodówki.
Ale jest też obraz Agaty zmęczonej, przygotowującej się do przeszczepu, widać, jak z foliowego woreczka kapie nowy szpik, ta nadzieja, której wszyscy się chwytali. W łóżku leży dziewczyna już bez blond włosów. W pierwszej chwili trudno poznać, że to ta sama Agata, którą wszyscy znają z boiska do siatkówki. W tych trudnych chwilach, jej mąż, Jacek, dał jej więcej, niż można sobie wyobrazić. "Trafiliśmy na siebie. To, co nas łączy, to jest taki wielki spokój. To, że możemy razem posiedzieć czy nawet pokłócić się. Być. Robić cokolwiek. To jest dla mnie najważniejsze, że mam w nim oparcie" - mówi o mężu uśmiechnięta Agata.

Pożegnanie

Telefon zadzwonił rano. Jacek podniósł słuchawkę. "Jeśli chce Pan się pożegnać z żoną, proszę przyjechać. Już nic nie możemy zrobić" - usłyszał. Przyjechał do szpitala. Usiadł przy Agacie. Obserwował, jak na monitorach zanikają funkcje życiowe, widział, jak bije jeszcze tylko jej serce.
Miał pretensje do Boga. Ale przypomniał sobie spokój i pokorę Agaty. "Ona nigdy nie miała pretensji do Boga za swoją chorobę. Dziękowała Mu za każdy dzień życia, za to, co ją dobrego spotkało. Za siatkówkę, za męża i za dziecko" - wspomina Jacek. I wtedy poczuł niesamowity spokój. Przed zabiegami Agata musiała zdjąć obrączkę. Jacek nosił ją stale przy sobie. Teraz wziął złoty krążek, włożył Agacie na palec. "Nie opuszczę Cię aż do śmierci" - wyszeptał to drugi raz w życiu, tej samej osobie.
Pogrzeb odbył się w pierwszą rocznicę ślubu. Zamiast zwyczajowego wieńca, Jacek kupił wiązankę - taką, jaką mieli na ślubie. Kupił też różyczkę od małej Lilki. I zamiast na cmentarzu, złożyli kwiaty pod obrazem Matki Bożej. Tak jak robią nowożeńcy.

Agata Mróz urodziła się 7 kwietnia 1982 roku w Dąbrowie Tarnowskiej. Siatkarka światowego formatu. Dwukrotnie zdobyła mistrzostwo Polski i Puchar Polski. Także dwa razy (2003 i 2005) zdobyła mistrzostwo Europy. Grała również w Hiszpanii, gdzie zdobyła mistrzostwo i puchar tego kraju. W 2007 roku, ze względu na nawrót choroby, przerwała karierę sportową. W tym samym roku, w czerwcu, Jacek Olszewski i Agata wzięli ślub. 4 kwietnia 2008 roku na świat przyszła ich córeczka, Liliana. 22 maja 2008 roku Agata przeszła przeszczep szpiku. Zmarła w wyniku posocznicy 4 czerwca 2008 roku

 
© Parafia św. Paschalisa w Raciborzu 2011r. Projekt i wykonanie: o. Barnaba Lewkowicz ofm